Kobiety chore na raka czują, że tracą swoją kobiecość

Kończy się październik, miesiąc, w którym szczególnie głośno mówiło się o profilaktyce raka piersi i namawiało kobiety do badań. Ważne jednak jest to, żeby przez cały rok nie zapominać o tym ważnym temacie. Często w gonitwie dnia codziennego, my kobiety zapominamy o naszym zdrowiu i podstawowych badaniach: cytologii, samobadaniu piersi, USG piersi, czy jajników, mammografii.

Coraz częściej słyszymy o kobietach, które w wyniku raka piersi musiały zdecydować się na operację usunięcia piersi, a poddane zabiegom chemioterapii, czy naświetlań tracą włosy. Chociaż wiedzą, że takie leczenie jest konieczne, to skutki tych zabiegów są dla nich straszne. Utrata piersi, czy utrata włosów w wyniku leczenia wiąże się dla nich z utratą kobiecości. Zamykają się w czterech ścianach, zrywają kontakty towarzyskie, nie chcą wychodzić do ludzi i zostają z tym same. Nie chcą pomocy i same jej nie szukają.

Dlatego niezwykle ważne jest, żeby media oswajały ludzi z tym tematem i pokazywały, jak można pomóc takim osobom a samym chorym podpowiadały, gdzie znaleźć pomoc. Naszym obowiązkiem jest powiedzenie takiej osobie: "Nie jesteś sama, są inne kobiety, które znalazły się w podobnej sytuacji. Możemy Ci pomóc. Możecie sobie pomóc nawzajem".

Z taką pomocą wyszła fotografka Marta Wiktoria Słyż, która zrobiła sesję fotograficzną w klimacie "fashion" po to, by podkreślić, że choroba nie musi oznaczać utraty kobiecości i atrakcyjności. Sesja stała się punktem wyjścia do rozmowy o chorobie, o tym, przez co musi przechodzić chora kobieta, o tym, jak reaguje nasze społeczeństwo. Historia, którą przeczytacie pokazuje, że osoba chora może i chce normalnie żyć, a łysa głowa, czy usunięte piersi nie muszą wykluczać.

To historia Mai, która przez kilka miesięcy zapisywała swoje myśli i to, co czuła, z czym musiała się zmierzyć w trudnych dla siebie momentach. Maja jest już po chemii, kilka tygodni temu miała operację usunięcia piersi. Teraz przechodzi naświetlanie. Warto przeczytać jej przemyślenia.

„Mamo, załóż fretkę na głowę, bo idziemy na miasto”

„Mamo, załóż fretkę na głowę, bo idziemy na miasto”

Wychodzimy z domu: bierzemy na smycz Tadka, siatki, listę zakupów. Córka zerka na mnie i przypomina o peruce:

Zobacz także:

- „Mamo, załóż fretkę na głowę, idziemy na miasto”

Bo przecież nie mogę zawstydzać ludzi swoją łysą głową.

- „Wiesz co dziecko, mam to w dupie. Niech się wstydzi ten, kto widzi.”

Maja: Pół roku temu dowiedziałam się, że mam raka, a od kilku miesięcy co tydzień jestem na chemii. Nie mam włosów, wypadły mi rzęsy, brwi się przerzedziły, zeszły mi paznokcie. Nie da się ukryć, że jestem chora, ale paradoksalnie okazuje się, że większy problem mają z tym inni, niż ja sama. Bałam się, że choroba zabierze mi atrakcyjność i seksualność. Wiem, że jestem chora, ale przecież to nie musi oznaczać, że muszę myśleć tylko o tym. Nadal chcę skupiać się na tym, co zawsze było dla mnie w życiu najważniejsze: moje dzieci, rodzina, przyjaciele, praca, pasje. Jednocześnie chcę cieszyć się wiosną, chwilami spędzanymi z bliskimi i tym, co przynosi kolejny dzień. Co z tego, że cierpię? Nadal jestem tą samą Mają, może tylko z lekko odmienionym wyglądem. A okazuje się, że z łysą głową również można czuć się atrakcyjną i usłyszeć od kolegów „ale ładna kobieta”.

Dzieląc się moimi zdjęciami i przemyśleniami, nie mam na celu autopromocji, nie chcę też litować się nad sobą. Nie oczekuję też litości od innych. Chcę pokazać innym kobietom, że bez włosów, czy piersi można nadal być pewną siebie, szczęśliwą kobietą. To od nas zależy, jak przejdziemy przez tę chorobę. Oczywiście, to nie tak, że nie miewam czarnych myśli. Miewam i to często, tylko idiota by nie miał. Ale jak byłam zdrowa, również martwiłam się o wiele rzeczy. To jest po prostu kolejny etap, na pewno jeden z najtrudniejszych, ale nadal część mojego życia. Strach i smutek to nie jest powód do tego, by zapominać o tym, jak miło jest czuć się piękną. Robię więc makijaż, wkładam sukienkę i lecę na miasto spotkać się z przyjaciółmi, którzy mówią do mnie: - „Słuchaj Maja, jest problem, bo Ty nie wyglądasz na chorą”.

Marta: Zrobiłam Mai sesję portretową w klimacie fashion. Wygląda na niej pięknie. Ogoliła głowę, nie po to żeby zmienić na trochę swój image, czy coś zamanifestować. Maja jest chora. To nasze spotkanie, którego owocem są zdjęcia, jest manifestacją życia. Tego, że mimo ciężkich chwil, które przechodzimy, można się uśmiechać, cieszyć z drobnych rzeczy. Ktoś kiedyś powiedział, że gdy jesteśmy bardzo smutni, ale wyjdziemy do ludzi i nawet jeśli na początku będziemy bardzo zmuszać się do uśmiechania, to po pewnym czasie już nam tak zostanie. Przez swoje zdjęcia chcę pokazywać, że w każdej sytuacji kobieta jest piękna, niezależnie od tego, czy jest młoda czy stara, czy przed chwilą urodziła dziecko, czy jest gruba czy chuda, zdrowa czy chora, ma włosy i cycki, czy ich nie ma. A to, co z pozoru możemy traktować jako nasze wady, często może być tym, co jest najbardziej w nas pociągające i intrygujące.

Maja: Jak już mi się przydarzyła ta choroba, to nie mogę od niej uciec, czy się schować. Trzeba się jej nauczyć, spróbować zrozumieć i nauczyć się żyć w nowej sytuacji. Blizna, która zostanie po usunięciu piersi już zawsze będzie mi o tym przypominała. A ja muszę nauczyć się żyć z kolejnym doświadczeniem i nie zapominać się uśmiechać. Są niestety ludzie, którzy tego nie ułatwiają. Bo ludzie reagują różnie, a ja wszystko analizuję, mam też teraz na to czas. Niektórzy się boją, niektórzy nie wiedzą, co zrobić, a niektórzy zwyczajnie wycofali się z mojego życia. Na szczęście są też tacy, dzięki którym łatwiej się przez tę chorobę przechodzi. Ludzie, którzy nie są skupieni tylko na sobie. Najczęściej są to Ci, którzy w swoim życiu sami przeżyli osobisty dramat, mieli styczność z rakiem lub innym nieszczęściem.

Ja sama natomiast chciałam rozładować napięcie związane z moją chorobą i tym, że niektórzy nie wiedzą, jak się zachować, jak o tej chorobie w ogóle rozmawiać, czy poruszać ten temat, czy nie. Wysyłałam więc na początku do najbliższych wiadomości z moimi aktualnymi zdjęciami i tekstami w stylu: - „jak się ma ładne włosy, to nie trzeba mieć ich dużo” - „gdzie są moje włosy ja się pytam?” - „dziewczyny sorry, taka jestem nieuczesana”. Moja łysa głowa była po prostu powodem do żartu. Bardzo ważne w życiu jest poczucie humoru, które pomaga przetrwać najcięższe chwile. I ważne jest, by osoby, które są wokół nas, również je miały. Ci, którzy mają poczucie humoru, nawet w chorobie go nie stracą.

Sama choroba jest mniej straszna niż pewne sytuacje, które są niezależne od nas, a które bezpośrednio dotykają moje dzieci. Styczność ze społeczeństwem, które nas otacza, a które nie rozumie tej choroby powoduje że często jestem bezradna i zła, bo nie mam na to żadnego wpływu. Choroba pokazała mi, jak okrutni mogą być ludzie i do czego doprowadza niewiedza połączona z brakiem empatii. Jak bardzo słowami można skrzywdzić. Moje dzieci doświadczyły tego na własnej skórze słysząc od rówieśników: - „Twoja mama ma raka i umrze” albo - „Ciekawe co zrobi, jak jej włosy wyjdą”. Najgorsze jest to, że to nie głos dzieci, ale ich rodziców. To dorośli mają uczyć empatii. Mają pokazywać, że nie należy śmiać się z innych i wytykać palcami tylko dlatego, że mają inny kolor skóry, pochodzą z innego środowiska, czy są chorzy. To przecież rola rodzica, by wytłumaczyć dziecku, dlaczego pani, którą widzi na ulicy, nie ma włosów. Ludzie chorzy na raka często wracają do zdrowia, a w ciężkich chwilach zarówno oni, jak ich rodzina i bliscy, potrzebują wsparcia i zrozumienia ze strony społeczeństwa.

Moje dzieci wiedziały o mojej chorobie prawie od początku. Nie ukrywałam tego, wolałam aby prawdy dowiedziały się ode mnie, jak zobaczyły mnie więc bez włosów, nie były przerażone. Wręcz przeciwnie, były dla mnie wsparciem, pytały, a ja im tłumaczyłam. Nie można dzieci za bardzo chronić przed życiem, trzeba im je pokazywać takim, jakie jest. Dzieci wszystko widzą, nie można przed nimi ukryć smutku czy gorszego samopoczucia, a umiejętność szczerej rozmowy buduje silniejszą, bardziej wartościową relację z nimi. Mojej koleżanki synek zapytał: - „Ciocia, a dlaczego masz coś takiego dziwnego na głowie?” - „Wiesz kochanie, ciocia teraz jest trochę chora i bierze takie leki, które powodują, że wyszły cioci włosy i dlatego, żeby nie chodzić z gołą głową, to mam ten turban na głowie.” - „Aha” I tyle. Z dziećmi trzeba rozmawiać. Trzeba je wyczulić na chorobę. Bo się okazuje, że dzieci i rodzina często potrzebują więcej wsparcia niż osoba, która przechodzi przez tę chorobę.

W momencie postawienia diagnozy wszystko zmienia się o 180 stopni. W tym momencie kluczową rolę odgrywa rodzina, przyjaciele oraz zabezpieczenie finansowe. Bo choroba to luksusowy wydatek. Zaczynając od leków, przez kosztowną perukę po transport na każdą wizytę i chemię oraz parking szpitalny, jeden z droższych w mieście. Po jakimś czasie można się ubiegać o rentę, ale na samym początku osobie, której choroba spada jak grom z jasnego nieba, a która ma dodatkowo na utrzymaniu rodzinę, musi zrezygnować tymczasowo z pracy (chemioterapia wykańcza człowieka psychicznie i fizycznie), koszty są często nie do udźwignięcia bez pomocy przyjaciół i życzliwych osób. A tacy na szczęcie są w moim życiu. Sytuacja, w której się znalazłam, pokazała mi, jak wielkie serca potrafią mieć ludzie.